poniedziałek, 30 listopada 2015

Zrozumieć dziecko


Możemy przewertować setki poradników. Obejrzeć dziesiątki programów i filmów instruktażowych. Zaliczać kolejne kursy, szkolenia, warsztaty. Możemy wsłuchać się rozliczne, chętnie udzielane, porady. Otworzyć się na wskazówki innych matek i ojców. Chłonąć zalecenia dostarczane przez bardziej doświadczonych. Możemy zapoznać się z rozmaitymi teoriami i koncepcjami wychowawczymi. Śledzić najnowsze trendy i mody. Odkrywać pisma klasyków. 

Wszystko na nic, jeśli nie będziemy potrafili uważnie obserwować i słuchać samego dziecka. To ono dostarcza nam najwięcej informacji: o swoich potrzebach i możliwościach, sukcesach i trudnościach, atutach i deficytach. Każde dziecko jest żywą książką o sobie samym. Trzeba tylko zacząć ją czytać. 


Tomasz Tokarz

niedziela, 29 listopada 2015

Edukacja a zysk



W dyskursie edukacyjnym wiele uwagi poświęca się kwestii przygotowania absolwentów do wymogów rynku pracy. Tymczasem sukces w tej przestrzeni powinien być jedynie wartością dodaną a nie samą w sobie. Podstawowym celem edukacji jest bowiem osobowy rozwój młodego człowieka a nie zapewnienie mu przyszłego sukcesu finansowego. 

Zdominowanie przekazu edukacyjnego przez ideę wąsko rozumianej użyteczności (sprowadzonej do aspektu materialnego) jest chybione w wielu wymiarach. Szkoła zbudowana na takim paradygmacie nie wyposaży odbiorców w narzędzia służące lepszemu rozumieniu siebie i świata. Nie posłuży doskonaleniu umiejętności służących odnalezieniu się w płynnej rzeczywistości. Nie zaspokoi autentycznych, choć często nieuświadomionych, potrzeb młodzieży. Kierując uwagę na zagadnienia mało istotne, ulotne, przemijające odbierze możliwości wgłębienia w kwestie fundamentalne, dotyczące sensu ludzkiej egzystencji. 

Kurs na zysk skutkuje zawężeniem perspektywy postrzegania świata. Prowadzi do ukształtowania homo oeconomicusa, człowieka zorientowanego  na natychmiastową korzyść materialną i według takiego kryterium oceniającego przekaz ze strony nauczyciela ("a do czego mi się to przyda?"). 

Warto poddać refleksji nasze priorytety. Warto pamiętać, że wiedza nie jest po prostu zwykłym towarem a to co szybko, łatwo i korzystnie zbywalne niekoniecznie ma najwyższą wartość. Ucznia nie można zredukować do funkcji trybiku wielkiej maszyny gospodarczej. Zgubne jest jego uprzedmiotowienie - sprowadzenie do kategorii „kapitału ludzkiego”. 

Szkoła nie może być fabryką absolwentów skoncentrowanych na produkcji i konsumpcji, wyposażonych w specjalistyczną (lecz płytką) wiedzę, pozbawionych szerokich horyzontów i zakorzenienia w kulturze, zagubionych, a tym samym podatnych na propagandę i manipulację.


Tomasz Tokarz

sobota, 28 listopada 2015

Jak skutecznie nie słuchać




Jeśli chcemy, by nasz rozmówca miał poczucie niewysłuchania wystarczy zastosować kilka prostych rozwiązań. Dzięki nim uda nam się zepsuć każdą rozmowę. Poniżej krótka instrukcja: jak skutecznie nie słuchać.

1. Porównujmy - wszystko co mówi rozmówca, odnośmy do naszego życia. Szukajmy analogii i powiązań. Zagłębiajmy się w skojarzenia, jakie przychodzą nam do głowy.

2. Filtrujmy - słuchajmy wybiórczo, skupiając się na tym, co nam pasuje. Odnośmy się do tego, co wydaje nam się przydatne dla nas samych. Przesiewajmy słowa ważne od mniej ważnych na podstawie naszego indywidualnego mniemania. 

3. Bagatelizujmy - lekceważmy dylematy rozmówcy. ("Daj spokój, przecież to żaden problem!"). Podkreślajmy, że my mamy jeszcze trudniej. Wskazujmy rozmówcy, by nie narzekał, bo przecież mogło być dużo gorzej ("Żebyś wiedział, w jakiej ja dopiero sytuacji jestem").

4. Osądzajmy - wszystko, co mówi rozmówca wartościujmy w odniesieniu do własnych subiektywnych doświadczeń. Oceniajmy według naszego systemu wartości.

5. Krytykujmy - zaznaczajmy, że rozmówca źle postępuje, że jego działania są błędne i szkodliwe. Koniecznie manifestujmy poczucie wyższości ("Ja bym tak na pewno nie zrobił").

6. Udzielajmy porad - wyskakujmy nieproszeni z gotowymi rozwiązaniami problemu, z jakim zmaga się rozmówca. Na pewno przecież mamy w zanadrzu proste odpowiedzi na jego skomplikowane dylematy. Dlaczego nie mielibyśmy się nimi nie podzielić?

7. Tropmy ukryty sens - próbujmy odgadnąć, co rozmówca ma naprawdę na myśli, co kryje się za jego wypowiedziami, co chce przed nami zataić. Starajmy się zrozumieć lepiej niż on sam, o co mu chodzi. Pokażmy mu jak jest naprawdę. Włóżmy mu do głowy naszą interpretację jego historii.

8. Przygotowujmy odpowiedzi - już podczas słuchania zastanawiajmy się nad odpowiedzią. Myślmy intensywnie nad tym, co mamy za chwilę przekazać. Koniecznie rozważajmy, jak najlepiej wypaść. Szukajmy wypowiedzi, które pozwolą nam zabłysnąć, ukazać naszą błyskotliwość i inteligencję.

9. Zmieniajmy kierunek - zmieniajmy temat rozmowy, kiedy zaczyna być dla nas nieinteresująca. Najlepszy efekt daje przerwanie rozmówcy w trakcie wątku, do którego się zapalił. 

10. Gaśmy rozmówcę - wygłaszajmy ironiczne uwagi, obracajmy wypowiedzi w żart, reagujmy z sarkazmem. W ten sposób najłatwiej będzie nam uciec przed niemiłym dla nas tematem.

Mam nadzieję, że te porady okażą się przydatne :)


Tomasz Tokarz


piątek, 27 listopada 2015

O sztuce słuchania


Jedną z najważniejszych ludzkich potrzeb jest bycie rozumianym. Najlepszą drogą do zrozumienia drugiego człowieka jest wysłuchanie go. W naszej kulturze zdecydowanie większe znaczenie nadajemy umiejętnościom retorycznym. Tymczasem nasi bliscy rzadko potrzebują dobrego mówcy. Zdecydowanie częściej - dobrego słuchacza, otwartego i empatycznego. 

Kiedy opowiadamy o trudnościach, jakie nas spotykają zazwyczaj wcale nie chcemy rad. Nie oczekujemy propozycji gotowych rozwiązań. Nie szukamy schematów, które spowodują, że problem zniknie.

Potrzebujemy wysłuchania i usłyszenia. Potrzebujemy przestrzeni, by wyrzucić z siebie to, co nas boli, męczy, irytuje. Potrzebujemy poczuć, że przyjaciel, partner, rodzic po prostu jest z nami i dla nas. Bez oceniania wartościowania, osądzania. Bez porównywania i odnoszenia do innych. Potrzebujemy zwyczajnej (czy raczej niezwyczajnej) uważności…

Spora część naszych trudności wynika z niemożności wypowiedzenia siebie, wyrażenia swego ja, ukazania tego, co nas boli. Brakuje nam przestrzeni do podzielenia się wątpliwościami, lękami, troskami. W konsekwencji uciekamy w agresję, przemoc, nałogi. Można wręcz zaryzykować tezę, że nie ma ludzi złych - są tylko ludzie niewysłuchani: nierozumiani, nieakceptowani, nieprzytuleni.  

Dobre słuchanie jest niezwykle trudną sztuką. Powinno towarzyszyć mu autentyczne zainteresowanie drugim człowiekiem, otwarcie na niego i trudności, jakich doświadcza. Nie jest to łatwe. Zazwyczaj słuchamy interesownie. Projektujemy. Porównujemy. Odnosimy wypowiedzi do naszego życia. Przepuszczamy przez sito naszych przeżyć. Szafujemy radami i wskazówkami.

Niejednokrotnie słuchamy po prostu, by móc odpowiedzieć. Skupieni na sobie, na swoich problemach, troskach czekamy, by wykorzystać chwilę wdechu i wejść rozmówcy w słowo z tekstem: "a posłuchaj, co u mnie...". A przecież uważne słuchanie jest jednym z cenniejszych darów, jaki możemy zaoferować drugiemu człowiekowi. Szczególnie wartościowym, bo tak rzadkim. 

Carl Rogers zauważał: "Kiedy ktoś naprawdę Cię słyszy i wcale przy tym nie osądza, nie próbuje brać za Ciebie odpowiedzialności ani Cię kształtować, jest to cholernie dobre uczucie. (…) Kiedy ktoś mnie wysłucha, mogę zobaczyć swój świat w całkiem nowym świetle i pójść dalej. To zdumiewające, jak na pozór nierozwiązywalne problemy nagle dają się rozwiązać, gdy ktoś Cię słucha. I jak chaos – zdawałoby się, nieuleczalny – osiąga względną klarowność, kiedy zostaniemy wysłuchani". 

Słuchanie służy obu stronom. Korzyści, jakie czerpie słuchany są bardziej uchwytne. Jednak wzbogaca ono także słuchającego. 
Słuchając możemy poznać drugą osobę, jej wewnętrzny świat, jej wizje i marzenia, plany i aspiracje, trudności i sukcesy. Odkrywamy świat ludzkich charakterów, osobowości, relacji, w jakie wchodzą. Przez to lepiej poznajemy także samych siebie. Słuchanie rozwija nawet bardziej niż mówienie. "Kiedy mówisz, to powtarzasz tylko to, czego się wcześniej dowiedziałeś. Kiedy słuchasz - możesz się czegoś dowiedzieć".(Dalajlama)



 Tomasz Tokarz


czwartek, 26 listopada 2015

Agresja


U podłoża agresji (której objawem jest przemoc i manipulacja) zawsze leży lęk. To reakcja obronna związana z niskim poczuciem wartości. Jest konsekwencją strachu, niepewności, obaw. Wynika z frustracji. To co bierzemy za przejaw siły często jest po prostu manifestacją bezradności.

Człowiek zachowujący się agresywnie najczęściej ma problem z samoakceptacją. Czuje się zagrożony, pozbawiony poczucia bezpieczeństwa. Obawia się odrzucenia, zdrady, przegranej, kompromitacji. Lęka się bycia niezauważonym, niedocenionym, niekochanym. Agresja staje się dla niego strategią przetrwania.  

Agresja, podobnie jak nienawiść, zawiść, pogarda, poczucie wyższości - są konsekwencją nieakceptacji siebie. I towarzyszącego jej lęku. Człowiek, który nie kocha siebie nie wierzy, że mogą pokochać go inni. Jest nastawiony na walkę. Wszędzie widzi zagrożenia. Produkuje setki mechanizmów obronnych. Dyskredytuje tych, którym podlega. Upokarza tych, nad którymi ma władzę. Dewaluuje osiągnięcia innych. Ale to nie daje ukojenia... Nie wypełnia

W efekcie czasem mamy do czynienia z samorealizującą się przepowiednią. Agresor przez swoje zachowania budzi negatywne emocje. Im bardziej się broni (atakiem) przed odrzuceniem, tym bardziej podlega odrzuceniu. To tylko potwierdza jego podświadomy, wewnętrzny obraz siebie. Ciężko się wyzwolić z takiego zapętlającego się koła.

Co może pomóc w takiej sytuacji? Jeśli odrzucamy opcję likwidacji agresora musimy poszukać innych rozwiązań. Na dłuższą metę najlepsze jest zapewne wysłuchanie, obdarzenie uwagą, okazanie akceptacji. Jakże jednak trudno o taką postawę. Wymaga ona niezwykłej wiary w drugą osobę. Wymaga głębokiego przekonania o tkwiącym w niej dobru. Wymaga ogromnej dozy zaufania. Znaleźć je można tylko w miłości do drugiego człowieka.


Tomasz Tokarz

wtorek, 24 listopada 2015

Szkoła jako odrębny świat



Analizując światy nowatorskich, alternatywnych szkół, realizujących innowacyjne projekty, wdrażających niestandardowe koncepcje można ulec złudzeniu o możliwości przeszczepienia obecnego tam modelu na inne podmioty. To jednak nie jest takie łatwe.  

Kultura edukacyjna danej placówki jest wytworem konkretnych ludzi, działających w takim a nie innym środowisku, na niepowtarzalnym lokalnym podłożu, w złożonej sieci zmiennych i zależności. Jest pochodną określonego miejsca i czasu. Efekt końcowy to wynik wielu prób i błędów, dyskusji i sporów, rezultat zmagań ze skomplikowaną rzeczywistością.

W związku z tym nie jest możliwe proste przeniesienie stosowanych tam rozwiązań do innych podmiotów. Nie da się ich mechanicznie przekopiować na inny teren. Przetransportować w nowe miejsce. Można oczywiście próbować ale ze świadomością, że rezultat może okazać się karykaturą wzorca. To co sprawdzało się w organizacji-matce niekoniecznie wyjdzie na innej przestrzeni.

Kultura szkolna nie może być konstruktem inżynierii społecznej. Nie można jej zeskanować i skopiować w drukarce 3D. Tworzenie szkoły to działanie na żywym organizmie, mającym unikalną strukturę i właściwości, ewoluującym, podlegającym nieustannym zmianom. Bez rozpoznania jego specyfiki próby reform zakończą się niepowodzeniem.

Tomasz Tokarz

niedziela, 22 listopada 2015

Dostrzec siebie w dziecku


Przebywanie z własnymi dziećmi, obserwowanie ich zachowań, przyglądanie się ich postawom to niezwykła lekcja. Jedna z najbardziej wzbogacających. Pozwala nam lepiej poznać samych siebie, zrozumieć podłoże działań, jakie podejmujemy, uświadomić sobie przyczyny naszych reakcji. Dzieci są lustrami odbijającymi jakąś część nas. 

Dzieci uczą się przede wszystkim przez obserwowanie i naśladowanie. Zdecydowanie mniejsze znaczenie ma tu wpływ wychowawczy - czyli intencjonalne, celowe oddziaływanie na rzecz ukształtowania pożądanych cech, uformowania w określony sposób. Kluczowy jest naturalny proces bycia z drugim człowiekiem, towarzyszenia mu w jego aktywności. 

Szczególnie mocno dzieci wpatrzone są w osoby, które szanują, którym ufają, które lubią - a rodzice z marszu obdarzani są dużą dozą szacunku, zaufania, sympatii. Dlatego w pierwszym okresie życia wzorują się przede wszystkim na matce i ojcu. Budują swoje niepowtarzalne ja w dużym stopniu w oparciu o matrycę, jaką dają im (często nieświadomie) ich opiekunowie. Przejmują od nich modele odnoszenia się do innych ludzi. Czerpią schematy rozwiązywania trudności, radzenia sobie z otaczającą rzeczywistością, reagowania na zmianę. 

Kiedy zatem dostrzegamy w naszych dzieciach zachowania, które nam nie odpowiadają warto zastanowić, czy nie podpatrzyły ich od nas. To co denerwuje nas w dzieciach jest bowiem często związane z naszymi własnymi deficytami. Irytują nas rzeczy, które przeszkadzają nam w nas samych. Drażnią działania, które kojarzą nam się z własnymi słabościami. 

Przy dzieciach wychodzi nasza prawdziwa natura - nasze lęki, fobie i kompleksy. Wynurza się to, co niechciane i skrywane. Ujawniają się nasze braki. Ukazuje się to, co usilnie staramy się wyprzeć. 

Kontakt z dziećmi ułatwia nam zatem głębsze spojrzenie na nas samych. Pomaga nam zobaczyć siebie z innej strony. Warto zatem uważnie się przyglądać dzieciom podczas towarzyszenia im na drodze do rozwoju. Dzięki temu bowiem może odbywać się także nasz własny rozwój. 

Tomasz Tokarz

sobota, 21 listopada 2015

Władza a edukacja




Czynnikiem najsilniej blokującym realizowanie alternatywnej kultury edukacyjnej (opartej na idei upodmiotowienia dziecka) jest hierarchiczny układ panujący w przestrzeni szkolnej. W skrócie wygląda to tak: nauczyciel jest tym, który więcej wie, więcej rozumie, więcej doświadczył i w związku z tym ma prawo do formowania ucznia, jako osoby posiadającej mniejszą wiedzę, obdarzonej niższą świadomością. Ten drugi ma być posłuszny i zdyscyplinowany. Jego podstawowym zadaniem jest skrupulatne wykonywanie poleceń. 

Jakość edukacji mierzona jest zdolnością ucznia do precyzyjnego odtworzenia komunikatów pochodzących od nauczyciela. Niezdatność do rekonstrukcji przekazu świadczyć ma o intelektualnej słabości lub krnąbrności młodego człowieka. W takim wypadku konieczne jest poddanie go transformacji. Dobry uczeń to uczeń przystosowany.

Aby zagwarantować nauczycielowi możliwość skutecznego wypełniania roli, w jakiej został obsadzony, wyposaża się go w zestaw zewnętrznych atrybutów siły - ocen. Pełnią one de facto funkcję sterująco-kontrolną. Mają stymulować uczniów do działań zgodnych z intencją zarządców procesu edukacyjnego. 

W szkole zachodzi zatem typowy stosunek władzy - rozumianej jako możliwość wywierania wpływu na zachowania innych osób, naginania ich do swojej woli za pomocą przymusu i manipulacji. Dokonuje się proces narzucania pojęć i znaczeń, wdrażania w pożądany system wartości, wszczepiania właściwej interpretacji. Mamy do czynienia z przełożonymi i podwładnymi. Przy tym wszystkim nauczyciele są bardziej pasami transmisyjnymi poleceń płynących z góry niż rzeczywistymi decydentami. 


Taki wertykalny, skośny układ nie sprzyja tworzeniu środowiska sprzyjającemu autentycznemu uczeniu się, rozumianemu jako poszerzanie wiedzy o sobie i otaczającym świecie. Nie daje także przestrzeni do budowy kompetencji komunikacyjnych. Uniemożliwia przekształcenie szkoły w przyjazne miejsce do rozwoju. 

Postawą wartościowej edukacji są bowiem relacje. Fundamentem dobrych relacji jest wzajemne zaufanie. Bazą do budowy zaufania jest szczera rozmowa. Nie jest jednak o nią łatwo, kiedy jedna osoba posiada władzę nad drugą, kiedy dysponuje narzędziami przymusu, kiedy ma moc karania i nagradzania.

Tomasz Tokarz

czwartek, 19 listopada 2015

Lęk


Nie ma chyba emocji powszechniejszej niż lęk - o różnych obliczach, wcieleniach, twarzach. Czasem widoczny jest od razu, przebija się wyraźnie na zewnątrz, towarzyszy ci nieodłącznie, możesz go dotknąć i posmakować. Zdajesz sobie sprawę z jego obecności, rozmawiasz z nim, potrafisz nazwać, opisać, nawet zinterpretować. Mimo to nie znika.

Czasem jest głęboko ukryty, przyczajony, nieuświadomiony. Zagnieżdża się w miejscu, do którego nie docierasz myślą. Stopniowo przenika coraz głębiej, wypuszczając ciężko usuwalne pędy. Sączy jad, którego źródeł nie znasz.

Można oczywiście z nim żyć. Czasem w miarę poprawnie funkcjonować. Zbudować sobie pseudobezpieczny świat i szukać im w nim szczęścia. Jednak na dłuższą metę wyparcie nie daje wiele. Lęk blokuje zmianę, która jest nieodłączną częścią rozwoju. Hamuje proces poznawania siebie. Powstrzymuje przed tym, czego naprawdę pragniemy. To niezwykle paraliżująca emocja, obluszczająca i konserwująca w miejscu, które nie daje nam radości, spokoju i spełnienia


Czego się lękamy? Najczęściej po prostu nowej sytuacji. Przyzwyczajeni do pewnego układu zmiennych, do schematów jakie znamy (które wszczepiono nam już w dzieciństwie), skryptów wpisanych nam do głów, kolein, jakimi się przemieszczamy - obawiamy się nowego, którego może dać nam zadowolenie i spokój ducha, ale może także przynieść ból. "Lepszy stary smutek, niż nowa radość". Przemiana może prowadzić do odrzucenia (w szerokim znaczeniu - przez bliskich, otoczenie, środowisko, społeczeństwo) a w konsekwencji - do samotności, bezradności, utraty stabilności (najczęściej bardzo fikcyjnej ale oswojonej).

Są różne strategie reagowania na lęk. Niektórzy wycofują się, niemal delektują się biernością. "Nie da się nic zrobić". Nie podejmują działań, nie szukają rozwiązań. Pozwalają lękom panować nad życiem. Uzależniają się od nich, usprawiedliwiają je, pozwalają im się zdominować, czerpiąc nawet z tego pewną, dość specyficzną, satysfakcję.

Inni, często nieświadomi podłoża swych lęków, wybierają drogę agresji, walki, zaciekłej konfrontacji. Ich reakcją obronną jest kompulsywny atak, dążenie do dominacji, kontroli, wpływania na innych. Władza staje się dla nich substytutem szczęścia. Wbrew pozorom taka postawa ma także wyraźny charakter ucieczkowy.

Co zatem zrobić ze lękiem - jeśli już zdecydujemy się coś z nim robić? Przede wszystkim rozpoznać go, potem wzmocnić się, znaleźć siłę (w sobie i bliskich), by się z nim zmierzyć, w końcu podjąć działania, w stronę wyzwolenia. Brzmi bardzo prosto, banalnie. W istotne jest niezwykle trudne. Wymaga cierpliwości, determinacji, mocnego przekonania (własnego! - nie narzuconego przez innych). I nie ma tu prostych recept.


Radzenie sobie z lękiem, przezwyciężanie go, rozcinanie splotów to sprawa indywidualna, zależna od cech osobowościowych i warunków zewnętrznych. Wymaga precyzji, ostrożności, czasu. Lęki nie znikną od razu, nie można ich wyłączyć "pstryczkiem elektryczkiem" ("jak tym pstryczkiem zrobić pstryk, to się widno robi w mig"). Nie wyparują po wpływem słów: "po prostu przestań się bać". Nie ulotnią się w wyniku otrzymania gotowego zestawu tzw. dobrych rad. Każdy musi sam poradzić sobie z własnymi ograniczeniami. Każdy musi poszukać własnej drogi w tych zmaganiach. We właściwym czasie.


Można jednak sformułować kilka wskazówek, wspomagających w zmaganiu z lękami. Kluczem do zmiany jest zadanie sobie kilku pytań. 

- Czego się tak naprawdę boję? Co napawa mnie lękiem? Co mnie paraliżuje? 

- Dlaczego się boję? Z czego wynika lęk? Jakie ma podłoże? Jakie są jego źródła? 


- Co bym zrobił/zrobiła, gdybym przestała się bać? W jakim miejscu bym się znalazł/znalazła?

- Co najlepszego może się stać, gdy zmierzę się ze swym lękiem i podejmę działania? Co najgorszego może się zdarzyć, jeśli to zrobię? Jakie mogą być konsekwencje tej decyzji? 

- Co mogę zrobić, by przestać się bać? Co i kto może mi w tym pomóc?  W jaki sposób?

- Jakie kroki podejmę w najbliższym czasie, by zmierzyć się ze moimi lękami? 

Odpowiedzi na te pytania pomogą nam rozpoznać sytuację, w jakiej się znajdujemy, jej przyczyny i skutki, oszacować możliwe rozwiązania, opcje, furtki, jakimi dysponujemy, zauważyć zasoby jakie mamy (indywidualne i społeczne), a które mogą nam pomóc a wreszcie sformułować bliższe i dalsze cele. Walka z lękami jest możliwa, choć bywa piekielnie trudna. Jednak - "wszystko czego pragniesz, jest po drugiej stronie strachu"...


Tomasz Tokarz

środa, 18 listopada 2015

Wrażliwość i siła





W potocznym wyobrażeniu siła niejednokrotnie przeciwstawiana jest wrażliwości. Tymczasem nie są to wartości antagonistyczne. Przeciwnie wzajemnie się uzupełniają. Są kompatybilne.

Siła to przede wszystkim odporność, wytrzymałość, waleczność. Człowiek silny radzi sobie z przeciwnościami losu. Podnosi się po porażkach. Niepowodzenia moblilizują go do dalszych działań. Potrafi czerpać energię z każdego doświadczenia. Jest autonomiczny. Nie musi uwieszać się na innych. Jest "panem swego losu, kapitanem duszy swojej" (Henley).

Wrażliwość to zdolność mocnego odczuwania, pełniejszego przeżywania, głębszego widzenia. Człowiek wrażliwy silnej odbiera świat, jest bardziej otwarty na doznania, więcej wynosi z doświadczeń, które są jego udziałem. Umie dostrzec to co niedostrzegalne, poczuć to, co nieodczuwalne, dotknąć tego, co nieosiągalne dla innych. 

Jednak wrażliwość pozbawiona siły prowadzi do miałkości, chwiejności, niestabilności. Staje się podatna na lęki i fobie. Wiedzie do słabości, uzależnień, bierności. Nie pozwala twardo stąpać po ziemi. Czyni podatnym na zniewalający ból i cierpienie. Wiąże się z sentymentalizmem, pustym marzycielstwem, działaniem w świecie wyobrażonym. Może zatruwać melancholią. 

Z kolei siła bez wrażliwości jest mocą cyborga, pozbawionego zdolności odczuwania. Jest brutalna i niszcząca. Zimna i pusta. Pozbawia kontaktu z czymś nieodgadnionym, nieuchwytnym, wykraczającym poza sferę materialną.  W efekcie jest jałowa. 

Dopiero ich połączenie daje pełnię. Gdyby nie siła człowiek mógłby nie udźwignąć daru wrażliwości. Gdyby nie wrażliwość mógłby nie poradzić sobie z siłą. Warto umieć czerpać siłę z wrażliwości i budować wrażliwość na fundamencie siły. 

Tomasz Tokarz

niedziela, 15 listopada 2015

Subiektywne interpretacje świata



Idąc przez życie obserwujemy i analizujemy to, co nam się przydarza. Przetwarzamy fakty i zdarzenia. Interpretujemy na różne sposoby. Przypisujemy rozmaite znaczenia. Staramy się nadać im sens. Uwielbiamy "rozumieć" zachowania swoje i innych. Mamy tendencję do racjonalizacji świata.

Rzeczywistość nie ma jednak struktury narracyjnej. Jest amorficzna. Stanowi strumień chaotycznych, pozbawionych sensu zdarzeń. Aby nadać im znaczenie musimy zatem uporządkować dane, nadać im określoną strukturę, przekształcić w spójne całości. W tym celu tworzymy opowieść. Narrację. Historię naszego życia. 

W gruncie rzeczy narracja jest tylko sztuczną formą, jaką narzucamy na rzeczywistość, by ułatwić sobie funkcjonowanie w niej. Jest narzędziem, za pomocą którego dokonujemy subiektywnej interpretacji świata. Tłumaczymy go sobie, czynimy bardziej zrozumiałym, bardziej oswojonym. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa. Złudzenie porządku. 

Żaden zespół wydarzeń nie może sam z siebie ułożyć się w opowieść. Na podstawie tego samego zbioru faktów można zbudować różne narracje. Ich kształt zależy od nas. Jest pochodną szeregu czynników składających się na nasze ja. Nakładamy na świat własne siatki. Rzeczywistość jest przecież wielopłaszczyznowa, wielowątkowa, o wiele bardziej złożona niż obraz jaki sobie o niej wytwarzamy. Taki czy inny sposób strukturalizacji jest pochodną partykularnego punktu widzenia. Stanowi wynik określonej potrzeby. 

Zasadniczym etapem budowania narracji jest selekcja. Każdy fragment przeszłości składa się z niezliczonej sumy faktów, o których możemy (przynajmniej teoretycznie) zdobyć nieskończoną liczbę danych. Dysponujemy tylko ich niewielką częścią. Małym zbiorem rzeczy, które nasz mózg uznał za ważne. 

Nie wszystkie decydujemy się umieścić w naszej opowieści. Z sobie tylko znanych powodów wybieramy jedne i pomijamy inne. Następnie prezentujemy je w określonych kontekstach. Budujemy między nimi relacje (np. przyczynowo-skutkowe), konstruujemy sieci wzajemnych zależności. Podejmujemy próbę wyjaśnienia. To oczywiście ma także charakter subiektywny. Każdemu faktowi możemy przypisać dowolną liczbę potencjalnych przyczyn (hipotez przyczynowych). W istocie dokonujemy swoistego aktu wiary co do istnienia lub nie powiązań między nimi. 

Istnieje wiele poprawnych (adekwatnych) sposobów narratywizacji rzeczywistości. Jest tyle opowieści, ilu opowiadających (a także ilu słuchających). Żadna nie jest prawdziwsza od innych. Jednak niektóre z nich mogą bardziej przydatne. 

To od nas zależy jaką opowieść będziemy snuć. Jaką interpretację wybierzemy: taką, która będzie dla nas źródłem cierpienia, czy taką, która nas od niego wyzwoli. Która nas uskrzydli lub zdołuje. Potrzebujemy takiej narracji, która pozwoli nam żyć. Która odpowie na nasze potrzeby - da nam siłę, radość, akceptację siebie, poczucie spełnienia. 

Czasem sami nie umiemy tego uczynić. Poranieni, skrzywdzeni, zmęczeni życiem oplatamy się opowieściami, które nas niszczą, dołują pozbawiają energii, które są źródłem frustracji i lęku. Nie potrafimy się od nich wyzwolić. Pomóc może nam wówczas dialog z drugim człowiekiem (coachem, terapeutą, facylitatorem). 

Celem pracy nad sobą, w takim ujęciu, nie jest odkrycie obiektywnej prawdy o nas i rzeczywistości, w której funkcjonujemy. Celem jest znalezienie takiej interpretacji nas samych, z którą da się żyć, która uśmierzy nasz ból, przyniesie nam ukojenie, pozwoli pogodzić się ze światem. Profesjonalne wsparcie, w skrócie, to proces towarzyszenia drugiej osobie w procesie konstruowania przez nią tego rodzaju opowieści.

Tomasz Tokarz

piątek, 13 listopada 2015

Turkusowe szkoły



Poszukując alternatyw dla dominującej obecnie kultury szkoły (archaicznej, niedostosowanej do aktualnych wyzwań) warto sięgnąć do książki Frederica Laloux "Pracować inaczej". Wprowadza on bardzo interesujące rozróżnienie kultur organizacyjnych. Wyróżnia pięć modeli: 

- organizacje czerwone, oparte na silnej władzy i strachu (wzór: gang)
- organizacje bursztynowe, oparte na wyraźnych formalnych rolach i odgórnych dyrektywach (wzór: wojsko)
- organizacje pomarańczowe, oparte na rywalizacji i innowacjach, podporządkowane idei zysku (wzór: maszyna)
- organizacje zielone, oparte na idei wzmacniania i dobrych relacjach (wzór: rodzina)
- organizacje turkusowe, oparte na samozarządzaniu i samorealizacji. Nie ma tu hierarchii ani wyraźnie określonej centrali zarządzającej (wzór: żywy organizm).

Temu ostatniemu modelowi poświęca Laloux szczególną uwagę. Kluczowymi dla niego wartościami są:
- zaufanie we własne siły (odrzucenie lęków ego)
- poleganie na wewnętrznym poczuciu słuszności 
- orientacja na jasny, szlachetny cel
- postrzeganie życia jako podróży ku naszej prawdziwej naturze, ku odkrywaniu siebie
- budowanie na mocnych stronach (zamiast na słabościach)
- czerpanie wiedzy z wszelkich doznawanych doświadczeń (także z trudności i napotykanych przeszkód)
- poszukiwanie mądrości poza racjonalnością 
- dążenie do pełni w relacjach z innymi ludźmi (zerwanie z postawą osądzania)
- dążenie do pełni z naturą

Jak do takich modeli przypisać szkoły? Szkoły publiczne (w większości) mieszczą w się w paradygmacie bursztynowym. Oparte są na schemacie transmisyjnym i hierarchicznym. Role są wyraźnie wyznaczone, polecenia płyną z góry.

Szkoły niepubliczne (a przynajmniej część z nich) przypominają organizacje pomarańczowe. Liczy się w nich efekt, zysk. Uczniowie stymulowani są do osiągania do lepszych rezultatów. Sukces edukacyjny mierzony jest pozycją w rankingu oraz zasobnością portfela absolwentów. 

Część niepublicznych szkół bliska są modelowi zielonemu. Kluczem jest wspieranie i wzmacnianie ucznia. Ważne są relacje, kontakt. Jednak kultura takiej placówki wciąż tworzona jest odgórnie. Uczniowie mają ograniczone możliwości wpływania na jej funkcjonowanie. 

W jakim kierunku zatem powinniśmy dążyć? Nie potrzebujemy dzisiaj szkoły hierarchicznej i podawczej, obrabiającej uczniów według jednego standardu. Nie potrzebujemy także szkoły-maszyny, sfokusowanej na osiągnięcia, wyniki, stymulującej karami i nagrodami. Ciekawą propozycją są szkoły zielone, stawiające na relacje. Brakuje w nich jednak często przestrzeni do realnego decydowania przez uczniów o sobie i całej wspólnocie. 

Szkoła przyszłości będzie, w moim przekonaniu, ewoluować w stronę placówki opartej na paradygmacie turkusowym. Szkoła taka przypominałaby organizm: żywy, ewoluujący, samozarzadzający się, zorientowany na realizacje potencjału młodych ludzi, pozwalający im stać się współtwórcami własnej unikalnej podróży po świecie wiedzy i wartości. Opierałaby się na małych autonomicznych zespołach uczniów, współpracujących ze sobą i wymieniających się doświadczeniami. Dzisiaj zalążkiem takich placówek są tzw. wolne szkoły. Ich szybki rozwój pokazuje, że istnieje zapotrzebowanie na tego rodzaju rozwiązania. 

Tomasz Tokarz


środa, 11 listopada 2015

O roli nauczyciela


Co jest kluczowym elementem szkoły? Co decyduje o jej kulturze? Co tworzy klimat sprzyjający dobrej edukacji, służącej rzeczywistemu rozwojowi młodego człowieka? Odpowiedź jest prosta. Jak mawiał pewien rosyjski działacz polityczny: to kadry decydują o wszystkim.

Można powyrzucać ze szkoły ławki, meble, tablice, podręczniki, pomoce naukowe, narzędzia multimedialne... Wciąż będzie to świetne miejsce do uczenia się pod warunkiem, że funkcjonują w nim dobrzy nauczyciele.

Człowiek uczy się głównie przez kontakt z innymi. Podąża za tymi, którzy budzą zaufanie, szacunek i sympatię, którzy inspirują go do działania, którzy swoją postawą pobudzają do poszerzania posiadanych zasobów. Aby stworzyć odpowiedni klimat do uczenia się, powinniśmy przede wszystkim postawić na nauczycieli – kompetentnych i przyjaźnie nastawionych do uczniów.

Obecność takich osób buduje w dziecku poczucie bezpieczeństwa, odczucie bycia rozumianym i akceptowanym. Dzięki temu uzyskuje przestrzeń do eksperymentowania, eksplorowania, popełniania błędów i uczenia się na nich. Przestrzeń do bycia sobą. Z drugiej strony – ktoś, kto posiada adekwatną wiedzę i ma wspierające podejście do ucznia jest naturalnym autorytetem i nie musi w swojej pracy uciekać się do przemocy.

Kluczowa roli nauczyciela w procesie edukacji nie jest równoznaczna z jego dominacją. Zbyt mocno jesteśmy przyzwyczajeni do tradycyjnego, transmisyjnego typu szkoły. Opartej na przekonaniu, że istnieje zbiór sprawdzonych informacji i wartości, które trzeba „przetransportować” do umysłów uczniów. Postrzegamy nauczyciela jako osobę, która ma ze swej pełnej głowy przelać treści do pustych głów podopiecznych. Lekceważymy fakt, że dzieci także mają swoje doświadczenia, mają potrzeby, pasje, zainteresowania. Ich mózgi nie są puste.

Dzieci najchętniej uczą się w środowisku pozwalającym na swobodne, autorskie, twórcze działania. Zadaniem nauczyciela powinno być przede wszystkim stworzenie uczniom inspirującej przestrzeni do rozwoju. Bycie z nimi, gdy tego potrzebują, kiedy pojawia się potrzeba rozwiązania konfliktu, poradzenia sobie z trudnościami. Jego rolą jest czuwanie nad procesem uczenia się. Obserwowanie i inspirowanie rozwoju dzieci, proponowanie uaktywniających zadań, udzielenie wskazówek, zarysowanie celu, do którego warto zmierzać.

W nauczycielach (szczególnie tych, którzy przywykli do roli nakazowo-rozdzielczej) może pojawić się obawa, że skoro dzieci uczą się najefektywniej poprzez swobodne działania, to oni sami są niepotrzebni, że ich obecność nic nie znaczy – „po co ja tu właściwie jestem, skoro uczniowie radzą sobie beze mnie”. Ale to właśnie jest miarą powodzenia jego aktywności. „Największą oznaką sukcesu dla nauczyciela – pisała Maria Montessori - jest bycie zdolnym, by powiedzieć: Te dzieci pracują, jak gdybym nie istniała”.

Najważniejszym walorem nauczyciela jest otwartość na ucznia i jego potrzeby, chęć zrozumienia go, gotowość do rozmowy. Młody człowiek winien widzieć w nauczycielu osobę, której zadaniem nie jest przekazywanie i egzekwowanie wiedzy, wtłaczanie do głowy zestawów gotowych odpowiedzi na pytania, których nigdy nie zadał. Winien dostrzec w nim partnera, z którym można po prostu pogadać, przy którym można się otworzyć, który wysłucha i spróbuje zrozumieć.

Tomasz Tokarz

Ku dojrzałości...



Próby wprowadzania porządku, ładu, dyscypliny za pomocą różnego rodzaju kar są przeciwskuteczne. Prowadzą do buntu lub konformizmu, do kontestacji lub do biernej adaptacji. Mogą spowodować jedynie chwilową modyfikację zachowań - na zasadzie dostosowania się do wymogów w obawie przed represjami. Ale kiedy nadzorca (rodzic, nauczyciel) znika z pola widzenia, karany powraca do poprzednich działań. Podobnie zresztą działają nagrody (jeśli traktowane są jako narzędzie urabiania).

Dopóki będziemy sterować działaniami naszych dzieci za pomocą kar i nagród, dopóki będziemy je stymulować groźbami i obietnicami, dopóki będziemy skrupulatnie kontrolować każdy ich przejaw aktywności, dopóty będą uwięzione w stanie niedojrzałości, pozbawione możliwości nauczenia się podejmowania decyzji, dokonywania wyborów, stopniowego przejmowania odpowiedzialności za własne życie. Dopóty nie będą się w pełni rozwijać.

Tomasz Tokarz

wtorek, 10 listopada 2015

Co zmieniać...




Analizując deklaracje polityków, składane przez nich obietnice reform, prezentowane wizje naprawy systemu oświaty można dojść do wniosku, że głównym problemem polskiej edukacji są: 1) gimnazja; 2) zbyt wczesna inicjacja szkolna. Słuchając wypowiedzi decydentów można odnieść wrażenie, że kiedy zlikwidujemy te pierwsze oraz podniesiemy wiek obowiązku szkolnego do 7 lat trudności znikną. Polska szkoła automatycznie zostanie wyleczona. To dość dziwny sposób myślenia. Szkoła peerelowska oparta na schemacie 8+4(5) wcale nie była lepszą szkołą. proponowane rozwiązania odciągają uwagę od zasadniczych spraw. Trudno je traktować inaczej niż zasłonę dymną. 

Dyskutujemy o rzeczach drugorzędnych. Po pierwsze, wyzwaniem nie jest istnienie gimnazjów tylko to, co się w nich dzieje. Dobrze pomyślane i zorganizowane gimnazjum, odpowiadające na realne potrzeby uczniów, może być fantastycznym miejscem do rozwoju. To, co dzisiaj wydaje się ich największym obciążeniem (skupienie młodych w tzw. trudnym wieku) może stać się wielką szansą (gdyby program gimnazjum koncentrował się na autentycznym wspomaganiu nastolatków w rozumieniu siebie i usprawnianiu ich kompetencji komunikacyjnych).

Po drugie, niewiele zmieni podniesienie wieku szkolnego. Polskie szkoły w większości nie są gotowe na sześciolatki. Zgoda. Ale tak samo nie są gotowe na siedmiolatki, dziesięciolatki czy czternastolatki. Po prostu niesione przez szkołę treści, sposoby ich podawania, relacje tam panujące są w dużym stopniu nieadekwatne do potrzeb uczniów. Nie wydają się także zbieżne z interesem społecznym.

Problemem jest treść nie forma. Klimat szkoły a nie jej podział strukturalny. Skupiamy się na ustawianiu i przekładaniu klocków zamiast na pytaniu: po co właściwie to robimy.

Tomasz Tomasz