wtorek, 23 sierpnia 2016

Wplątani w wojnę

Wspomniałem przy innym wątku, że cały polski udział w II wojnie światowej był jednym wielkim zbiorowym samobójstwem i to dokonanym z inspiracji zachodnich mocarstw. Przyjrzyjmy się temu chłodno i analitycznie (choć oczywiście to tylko jeden z możliwych chłodnych punktów widzenia).

Na początku 1939 roku wizja wojny polsko-niemieckiej wcale nie była oczywista. Przeciwnie. Stosunki z III Rzeszą były poprawne - do tego stopnia, że Hitler (jeszcze w listopadzie 1938) zaproponował Polsce dołączenie do Paktu Osi, czyli sojusz polityczny i wojskowy, w zamian za stosunkowo niewielkie ustępstwa - uznanie niemieckości Gdańska (był tzw. wolnym miastem) oraz zgodę na autostradę eksterytorialną do Prus Wschodnich. W marcu 1939 ponowił tę ofertę, choć w tonie dużo bardziej ultymatywnym. Gdyby II RP ją przyjęła, Hitler zwróciłby swoją machinę wojenną przeciwko Francji i Wielkiej Brytanii.

Oczywiście wizja sojuszu polsko-niemieckiego poważnie zaniepokoiła polityków brytyjskich. Co zatem robią? 31 III ogłaszają deklaracje wsparcia dla Polski - jeśli ta zdecydowałaby się oprzeć postulatom Hitlera. 
("na wypadek jakichkolwiek działań wojennych mogących wyraźnie zagrozić niepodległości Polski [...] rząd Jego Królewskiej Mości będzie się czuł zobowiązany do udzielenia rządowi polskiemu natychmiastowego poparcia, będącego w jego mocy. [...] Rząd francuski upoważnił mnie do wyjaśnienia, że jego stanowisko [...] jest takie samo)

Jakie było znaczenie tej deklaracji? Chodziło przede wszystkim o wpłynięcie na Polskę, by odrzuciła roszczenia Niemiec. Przecież Wielka Brytania i Francja, jak pokazały późniejsze wydarzenia, ani nie chciały ani nie były w stanie udzielić Polsce rzeczywistej, efektywnej pomocy.

Celem była gra na czas. Z jednej strony politykom brytyjskim wydawało się, że tego rodzaju deklaracja może przyhamować ekspansję Hitlera (mniej prawdopodobna opcja), z drugiej - że jeśli nie przyhamuje, to uda się ją odpowiednio skanalizować: najpierw rzuci się na Polskę, tam się wykrwawi i może odechce mu się atakować Zachód, a jeśli nawet nie odechce - to WB i Francja zyskają czas na przygotowanie się do wojny. Pewnie rozważali także opcję, że uderzenie Hitlera na Polskę wywoła reakcję Stalina - a wojna niemiecko-sowiecka w 1939 byłaby dla Zachodu, jak się nietrudno domyśleć, rozwiązaniem bardzo pożądanym (całkowicie zaangażowałaby siły niemieckie na wschodzie).

I rzeczywiście - pod wpływem brytyjskich zapewnień Polska odrzuca propozycje Hitlera. Ten rozjuszony wydaje rozkaz przygotowania planu agresji na Polskę. Jednak wbrew oczekiwaniom Zachodu wchodzi w sojusz z ZSRR (to oczywiście komplikuje plany brytyjskie). 1 września następuje atak. Co robi Zachód? A co ma robić? Przecież nie było w planie umierania za Gdańsk. Deklaruje wojnę... i czeka na to, co się stanie na froncie wschodnim. Plan się udał - wojska niemieckie udało się skierować przeciw Polsce. Zachód zyskał pół roku spokoju. Inna sprawa, że nie potrafił tego wykorzystać.

Wiosną 1940 pada Francja. Wielka Brytania, krwawiąca w nierównej wojnie, usilnie szuka możliwości porozumienia z ZSRR. Staje się to realne w czerwcu 1941. Marzenie Churchilla się spełnia. Odtąd wszystko wydaje się przesądzone. Staje się jasne, że w zamian za poparcie Stalina w walce z Hitlerem Zachód odda Europę Wschodnią pod jego but. Są Polacy, którzy sobie z tego zdają sprawę. Ale Sikorski ich nie słucha. Wchodzi w pakt ze Stalinem, który traktuje go czysto instrumentalnie i który po opanowaniu sytuacji na froncie, w sytuacji dla siebie wygodnej zwyczajnie wypowiada. Ma już przecież "własnych" Polaków z ZPP i PPR, dużo bardziej posłusznych.

Deklaracje brytyjskie okazały się dla Polski niewiele warte. Obietnice z umowy sojuszniczej zostały złamane już w Teheranie, w listopadzie 1943 roku (symptomatyczne, że zapisów odnośnie Polski nie ujawniono polskiemu rządowi). Europa jest już podzielona. Wiadomo, który kawałek komu przypadnie. Polska ma trafić do sowieckiej strefy wpływów. W styczniu 1944 Armia Czerwona wkracza na ziemie polskie. Działa zgodnie z planem. Likwiduje przedstawicielstwa nieakceptowanego rządu. Aresztuje i morduje tych, którzy się ujawniają. Co robi Zachód? A co ma robić? Rozkłada ręce. W sumie przecież Stalin działa na swoim terenie. W lipcu 1944 tworzy PKWN, czyli autorski rząd dla Polski - co jest już jawnym dowodem na to, że nie uznaje oficjalnych władz polskich.

Karty są rozdane. Ale część polityków polskich wierzy, że przejęcie władzy w Warszawie zanim wejdą tam komuniści może jeszcze coś dać. Ze na coś wpłynie. A przynajmniej wstrząśnie sumieniem świata. 1 sierpnia o godz. 17.00 następuje kulminacja samobójstwa. Co robi Zachód? A co ma robić? Współczuje...

Ale polityka toczy się dalej. W lutym 1945 roku na Krymie przywódcy trzech mocarstw zatwierdzają oficjalnie, co to ustalono wcześniej. Porozumienia jałtańskie formalnie łamią brytyjskie przyrzeczenia, które wrzuciły Polskę w wojnę. Polacy wpadają we wściekłość, płaczą, krzyczą "zdrada!". Co robi Zachód? A co ma robić? Pomstuje na niewdzięcznych Polaków, nierozumiejących zawiłości dyplomacji.

Polska była pionkiem w grze zwanej II wojną. Przestawianym, jak wygodnie. Z punktu widzenia interesu Wielkiej Brytanii i Francji - porozumienie z Polską zapewniło im dodatkowych żołnierzy, którzy ginęli we Francji, pod Narwikiem, Tobrukiem, Monte Cassino, w bitwie powietrznej o Anglię. Zresztą i tak Londyn kazał polskiemu rządowi płacić za ich utrzymanie.
Nie wiem, czy sojusz z Hitlerem był lepszą opcją. Dzisiaj wydaje się to trudną pigułką do przełknięcia ale w 1939 nie było w tym nic szokującego (w każdym razie nie bardziej niż ugoda z krwawym Stalinem w 1941). Z opcji sojuszu z III Rzeszą skorzystały wszystkie państwa Europy Środkowej (Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Finlandia, Jugosławia-do 1941 roku; z Hitlerem współpracowali także Litwini, Łotysze, Estończycy, Chorwaci, Ukraińcy). Nie wiem, jakie skutki miałby dla Polski. (jak ktoś jest ciekawy, warto poczytać książkę P Zychowicza)

Dlaczego o tym piszę? Głównie dlatego, byśmy nie dali się raz jeszcze wplątać w wojnę, na której zyskiwać będzie ktoś inny.

Tomasz Tokarz

Pruskie wzorce szkoły

Podwaliny pod obecny model szkolnictwa położone zostały w pierwszej połowie XIX w., kiedy w państwie pruskim wprowadzono obowiązek szkolny a samą szkołę zorganizowano na podobieństwo fabryki. Skąd taka decyzja? Otóż po przegranej Prus z napoleońską Francją (której symbolem stały się klęski pod Jeną i Auerstedt w 1806) cesarz pruski postanowił przeorganizować model kształcenia w swoim państwie.

Uznał, że potrzebuje szkół stymulujących obywateli do większego poświęcenia, większej determinacji, większego zaangażowania. Szkół kształtujących użytecznych (czytaj: posłusznych) absolwentów - karnych rekrutów, punktualnych robotników, skrupulatnych urzędników, wdrażających państwowe rozporządzenia. W konsekwencji szkoły stały się manufakturami, nauczyciele - obsługiwaczami pasa transmisyjnego przekazującego wiedzę z podręczników do kajetów a sami uczniowie – obiektami do formowania w oparciu o sztywno ustalone normy jakości. Mieli się ćwiczyć w dyscyplinie i punktualności wedle jasnych i jednolitych dla wszystkich programów.

Chodziło o wyprodukowanie jednolicie wykształconego materiału ludzkiego, który można było wykorzystać w gospodarce lub, w przypadku wojny (a tych Prusy/Niemcy toczyły wiele), posłać na front. Młodzieniec, który przeszedł pełen cykl kształcenia otrzymał solidną dawkę propaństwowej propagandy. Z większym zapałem ginął potem pod Sadową, Metzem, Tannenbergiem czy Verdun. Szkoły niemieckie (już po 1870 roku) obrabiały mocno w duchu kultu cesarza i państwa, posługując się (na długo przed Hitlerem) hasłami nacjonalizmu, imperializmu, przestrzeni życiowej, pangermanizmu, „krwi i ziemi” itd. Budowały fundament pod państwo totalitarne"..

Tomasz Tokarz

"Gówniarze do nauki"

Czytam internetowe komentarze na temat projektów zmian w edukacji. Sporo, naprawdę sporo, jest głosów w stylu - "dobrze, wreszcie będzie porządek - gównarzeria zacznie się uczyć" albo "tak, więcej dyscypliny, więcej faktów, koniec z pobłażaniem głupkom, którzy nie wiedzą gdzie leży Plock". Zadziwia mnie ta wiara w edukacyjną wartość przymusu, nacisku, przykręcania śruby. 

Tym bardziej, że poziom hejtu, agresji, zawiści absolwentów peerelowskiej szkoły (tak opiewanej przez nich) nie świadczy o tym, że ich edukacja pomogła im zbudować wewnętrzny spokój, dała poczucie spełnienia, sensu, życiowej satysfakcji. Ich decyzje wyborcze także nie są dowodem na wysoką świadomość polityczną i ekonomiczną. 

Co zatem dała im szkoła zdominowana przez przemoc i hierarchię? Skąd ten sentyment do bata i marchewki? Czy komentujący naprawdę uważają, że odpowiedzią na wyzwania XXI wieku ma być jeszcze więcej formowania, jeszcze więcej ideologii, jeszcze więcej wkuwania faktów?

Tomasz Tokarz

Pedagogika niedyrektywna

Pedagogika niedyrektywna, wbrew stereotypowym wyobrażeniom, nie ma charakteru permisywnego, czyli nie oznacza przyzwalania na wszystko. W ogóle nie skupia się na problemie przyzwalania. On jest drugorzędny. Sednem jest wyrzeczenie się przemocy z relacji wychowawczej. Przemocy czyli skłonności do przemagania... woli, charakteru, sposobów widzenia świata. Do przerabiania. Chodzi o dzielenie się mocą - nie narzucanie jej drugiej stronie ani nie wysysanie jej z niej.

Wychowanie postrzega jako spotkanie dwóch osób towarzyszących sobie w rozwoju, lubiących i szanujących się wzajemnie. Jedna z nich ma pewne zobowiązania wobec drugiej związane z koniecznością zapewnienia jej bezpieczeństwa. Ale jej działania wynikają z troski a nie z roszczeń do urobienia...

Tomasz Tokarz

Mądry na szkołę

Phillip Jackson na podstawie badań prowadzonych w amerykańskich szkołach (1968 rok) sformułował pojęcie „school-wise”, czyli człowiek „mądry na szkołę”. To jednostka, która opanowała reguły szkolnej gry. Nauczyła się przetrwać w świecie dziwnych wymogów (zarówno oficjalnych, jak i nieoficjalnych).

"W miarę życia w szkole, pisze Jackson, uczeń uczy się podporządkowywać własne życzenia woli nauczyciela i poskramiać własne działania w interesie wspólnego dobra. Uwikłany w sieć reguł, przepisów i rutynowych zachowań, uczy się być biernym i posłusznym. Uczy się tolerować małe frustracje oraz akceptować plany i programy wyższych przełożonych, nawet gdy nie poddano ich uzasadnienia, a ich znaczenie jest niejasne. Jak członkowie wielu innych instytucji uczy się wzruszać ramionami i mówić „tak toczy się świat”.

Uformowany w ten sposób absolwent staje się tzw. „człowiekiem organizacji”. Jest przystosowany do pracy instytucjach biurokratycznych: urzędach, fabrykach, korporacjach. Nie nadaje się jednak na innowatora, refleksyjnego eksploratora świata, pioniera nowych rozwiązań, badacza.

„Osoba ciekawa angażuje się w próby, poszukiwania i eksperymenty wykluczające pasywny konformizm. (…) musi mieć nawyk podważania autorytetu i kwestionowania tradycji. Musi dążyć do wytłumaczenia rzeczy niejasnych”.

Jednak szkoła, wskazuje Jackson, nie była nastawiona na tworzenie przestrzeni pod kształtowanie się osób twórczych...
Czy te analizy nie są adekwatne także w polskich warunkach?

Tomasz Tokarz

Libertarianizm

Nie ukrywam, że ze wszystkich ideologii dostępnych na rynku najbliższy jest mi libertarianizm - choć nie mam wobec niego bałwochwalczego stosunku. W skrócie libertarianizm jest zbiorem powiązanych ze sobą koncepcji, uznających wolność za kluczową z wartości - wolność rozumianą aktywistycznie jako możliwość swobodnego działania, realizowania własnej wizji szczęśliwego życia, zmierzania do suwerennie wyznaczanych celów. Libertarianizm kładzie nacisk na dobrowolność interakcji międzyludzkich. Jest przeciwieństwem autorytaryzmu.

Podstawowy zarzut wobec libertarianizmu dotyczy jego rzekomej antywspólnotowości. Rzeczywiście - libertarianie więcej uwagi zwracają na indywidua, podmioty, osoby traktowane jako mikroświaty mające potrzebę samorealizacji niż na abstrakcyjne zbiorowości. Niemniej żaden przedstawiciel tej opcji ideowej nie neguje konieczności zrzeszania się. Żaden nie podważa znaczenia wspólnoty. Człowiek jest istotą społeczną i dla własnego dobrze pojętego egoistycznego interesu musi współdziałać z innymi.

Libertarianie wychodzą natomiast z założenia, że niemoralne jest zmuszanie ludzi do współpracy, za pomocą kar czy manipulacji. Jest to także nieefektywne. W ten sposób nie stają się bardziej altruistyczni. Mogą jedynie skuteczniej kamuflować swój egoizm. Jeśli człowiek nie będzie miał przekonania, że działanie służy jego dobru - będzie tylko pozorował aktywność.

W moim przekonaniu libertarianizm nie tylko nie hamuje procesów solidarystycznych. Przeciwnie. Niejako je wymusza. Z moich obserwacji wynika, że kooperatywy oparte na zasadach libertariańskich (oddolne i dobrowolne) są bardziej uwspólnotowione niż te oparte na przymusie. Z libertariańskiego punktu widzenia współpraca jest koniecznością. A działanie na jej rzecz nieodzowne. Dużo bardziej niż z perspektywy autorytarnej (w wersji konserwatywnej czy socjalistycznej) - gdzie organizatorem życia społecznego jest władza.

W środowisku opartym na zasadach libertariańskich ludzie po prostu muszą siąść do stołu i rozmawiać, prowadzić dialog, negocjować, ustalać wspólne strategie - bo nie mają zewnętrznie narzuconych zasad i procedur. Muszą je sami wypracować. Charakterystyczny dla libertarianizmu jest mutualizm - system dobrowolnej wymiany dóbr, wzajemnego wzbogacania się, oparty na szacunku dla drugiej osoby, dialogu i uznaniu jego autonomii.

Tomasz Tokarz

Wolność bez samotności

"Widzicie więc, że nie możecie się na nikim oprzeć, pisze Jiddu Krishnamurtti. Nie ma przewodnika, nie ma nauczyciela, nie ma autorytetu. Jesteście tylko wy - wasz stosunek do innych ludzi i do świata - poza tym nie ma nic. (...) nikt inny, tylko wy jesteście odpowiedzialni za świat, za siebie samych, za to, co myślicie, co czujecie i co robicie. (...) Od tej chwili nie ma strachu, a umysł, który się nie boi, jest zdolny do wielkiej miłości. A miłość może czynić, co zechce" 

Tymi słowami Jiddu nie zachęca wbrew pozorom do samotnego życia. Nie pisze o walorach odosobnienia. Pisze o autonomii, o wyzwoleniu się z kajdan lęku. Lęku, który wrzuca nas w ramiona guru i zewnętrznych autorytetów, wskazujących jak mamy żyć. O odrzuceniu strachu, który powoduje, że podazamy ślepo za uwodzicielami dusz, obiecującymi opiekę w zamian za posłuszeństwo. Zdejmujących z nas jakże trudną odpowiedzialność 

I pisze także, że bez zdobycia niezależności nigdy nie zrozumiemy siebie. I nigdy nie pokochamy siebie - a przez to nie będziemy zdolni do prawdziwej miłości - która nie polega na uwieszaniu się na innych, tylko na dawaniu i odkrywaniu drugiej osoby. I dopiero wówczas będziemy mogli być Z KIMŚ a nie POD KIMŚ.

Tomasz Tokarz