niedziela, 5 czerwca 2016

Nie zapomnę

On:
Nie boję się że znikniesz
lecz że ja zniknę z twej głowy
i że przestane wtedy istnieć
jak gdyby nigdy mnie nie było

Ona:

Gdy znikniesz
Dopiero wtedy
Nie zapomnę nigdy 



Narzekactwo

Zaczynam odczuwać rezerwę do narzekactwa (choć sam je uprawiam czasem) połączonego z idealizowaniem rzekomo świetlanej przeszłości - szczególnie w obszarze relacji międzyludzkich. Co jakiś czas spotykam na "internetach" sentymentalne wspominki o dobrych czasach przed modernizacją. Sugerujące, że kiedyś (przed wojną czy w PRL) ludzie żyli w związkach bardziej pełnych i bliższych, które stanowiły podstawę do budowy szczęśliwszych, bardziej świadomych i spełnionych jednostek. Nie przekonuje mnie to. Może dzięki wiedzy historycznej, jaką posiadam (choć oczywiście narracje historyczne są tylko interpretacjami).

W moim osobistym odczuciu - z pokolenia na pokolenie stajemy się coraz bardziej świadomi i empatyczni. Bardziej autentyczni. Coraz więcej rozmawiamy i coraz uważniej słuchamy. Coraz większą wagę przykładamy do otwartości i tolerancji. Mamy coraz lepsze szkoły i bardziej rozumiejących nauczycieli. Coraz mocniej w dyskursie obecne są idee poszanowania godności i praw drugiego człowieka (oczywiście, ma to różne przełożenie na rzeczywistość ale podnoszenie tych kwestii jest zauważalne). Modna jest krytyka utyskiwanie na otaczającą rzeczywistość - ale serio uważam, że żyjemy w czasach, których mogliby nam pozazdrościć nasi antenaci.

Tomasz Tokarz

Całościowa refleksja nad edukacją

Teoretycznie - wpływ edukacyjny/wychowawczy tym się różni od wpływów innego rodzaju, że ma rzeczywistą (nie tylko deklaratywną) intencję propodmiotową. Chodzi o dobro odbiorcy (dziecka), o inspirowanie czy stymulowanie jego rozwoju. Jeśli oddziaływanie nabiera cech instrumentalnych (człowiek staje się narzędziem do realizacji celów, wychodzących poza jego bezpośrednie potrzeby i interesy), kończy się edukacja a zaczyna propaganda czy manipulacja.

Jednak - jak rozpoznać co rzeczywiście służy dziecku a co nie? (np. czy w perspektywie długofalowej interes państwa nie pokrywa się z interesem obywatela?). Kto ma być decydentem rozstrzygającym? 

Rodzice? Przecież sami są często pogubieni, zdezorientowani, podatni na opinie z zewnątrz, zbyt wystraszeni perspektywą, że ich dzieci nie odniosą sukcesu.

Nauczyciele? Ci, skupieni są na realizacji programu, wykonują polecenia z góry, wchodzą w rolę funkcjonariuszy publicznych.

Władza? Ta zajmuje się głównie reformowaniem dla samego reformowania (bez wizji) i eksponowaniem wyników zewnętrznych rankingów (mierzących umiejętność rozwiązywania testów). 

Same dzieci? Mam dużo wiary w ich mądrość, ale przecież brakuje im wiedzy i doświadczenia, by samodzielnie mogły rozpoznać, co może im się przydać w życiu. 

W myśleniu o edukacji brakuje mi całościowej refleksji nad dobrem dziecka, pozbawionej naiwnego sentymentalizmu z jednej strony, oraz tęsknoty za centralistycznym sterowaniem z drugiej.

Bez zmian strukturalnych się nie obejdzie. Bez reformatorów, innowatorów, marzycieli siedzielibyśmy może do tej pory w jaskiniach albo żyli w ustroju niewolniczym. Bez całościowej refleksji. Na poziomie mikroskali mogą istnieć ogniska, wyspy, osady - ale powszechny system edukacji potrzebuje myślenia holistycznego, syntezującego. Władza może a może być hamulcem swobodnych inicjatyw albo organizatorem przestrzeni ułatwiającej jednostkom rozwój, inspirującym i wspierającym edukacyjne eksperymenty.

Tomasz Tokarz

Im więcej spotkań...

Im więcej spotkań z różnowymiarowymi ludźmi, im więcej głębokich rozmów, im więcej wysłuchań osobistych, wielobarwnych, mozaikowych historii, tym więcej uważności i zrozumienia. Tym więcej refleksji nad niepowtarzalnością każdego człowieka. Tym mniej chęci do osądów i ocen...

Nie ma przypadkowych spotkań. Wszystkie czemuś służą. Wystarczy je tylko odpowiednio zracjonalizować
Kiedy zatem dochodzi do ważnego spotkania warto zadać sobie pytania: 
Czemu ono się zdarzyło? Po co? Czemu ma służyć? Co ma nam o nas nowego powiedzieć? O czym przypomnieć? Co pomóc przerobić? Co nam dać? Co odebrać? Dlaczego własnie teraz? I dlaczego własnie z nim/nią?


Tomasz Tokarz

czwartek, 2 czerwca 2016

Empatia a intelekt

Doszedłem do wniosku, że w moim przypadku empatia (czyli zdolność dostrzegania i uwzględniania perspektywy innych osób), nie jest sprawą uczuć. To konsekwencja intelektualnego procesu. Jestem w stanie postawic się w sytuacji drugiego człowieka, zrozumieć jego odmienny punkt widzenia, zaakceptować subiektywną interpretację swiata nie dzięki współodczuwaniu lecz dzięki analizie przycznowo-skutkowej, przetwarzaniu danych oraz intuicji, która dla mnie jest niczym innym jak umiejętnością tworczego wykorzystania zgromadzonych doświadczeń.

Tomasz Tokarz

Sens matury

Podczas gdy uczniowie w napięciu czekają na wyniki matur chciałbym podjąć kwestię sensowności samego egzaminu maturalnego, określanego do niedawna egzaminem dojrzałości (od łac. maturus). W moim przekonaniu, przynajmniej w obecnej formie, wydaje się anachronizmem, reliktem przeszłości. 

Matura jest dzisiaj oderwana od kluczowych umiejętności, otwierających drogę do rozwoju osobowego i sukcesu zawodowego. Nie sprawdza przede wszystkim tak pożądanej kreatywności, zdolności do tworzenia nowych, wartościowych rzeczy. Ta opiera się bowiem na myśleniu dywergencyjnym (uznawanie istnienia wielu możliwych rozwiązań) i lateralnym (dostrzeganie licznych możliwych powiązań między faktami). Na maturze trudno się wykazać takimi kompetencjami. 

Matura nie sprawdza też przedsiębiorczości (zdolności do podejmowania oryginalnych działań i pomyślnej ich finalizacji), elastyczności, umiejętności rozwiązywania realnych problemów, szybkiego nabywania nowych kompetencji, przekwalifikowywania się, crossowania wiedzy, orientacji w informacyjnym szumie. 

Matura nie sprawdza poziomu świadomości ucznia, jego refleksyjności, znajomości siebie (własnej psychiki, intelektu, emocji, ciała), trafnego oszacowania zasobów, jakimi dysponuje, wykorzystania predyspozycji, mocnych stron. Podobnie wygląda sytuacja jeśli chodzi o umiejętność kierowania własnym rozwojem, dokonywania świadomych wyborów i do ponoszenia za nie odpowiedzialności. Nie mówi wiele o osobowości młodego człowieka, o jego zainteresowaniach, pasjach, talentach. Nie ma w niej miejsca na wyrażenie siebie, poprowadzenie własnej interpretacji, opowiedzenie własnej historii o sobie i świecie.

Matura nie sprawdza także głębokiej wiedzy o świecie - o jego kontekstach, zawiłościach, wyzwaniach jakie niesie, wiedzy, którą można powiązać z realnymi doświadczeniami uczniów, która pomogłaby im lepiej rozumieć otaczającą rzeczywistość. Nie weryfikuje umiejętności spojrzenia na świat z różnych perspektyw, niestandardowego myślenia o jego problemach i symulacji rozwiązań. 

Matura nie sprawdza także rzeczywistej umiejętności rozumienia tekstu - mimo że z tego rodzaju zadaniem zmagają się uczniowie. Czym innym jest bowiem wyszukanie w krótkim artykule potrzebnych zdań, by wypełnić rubrykę z poleceniami, a czym innym zdolność do 

Matura nie sprawdza kompetencji społecznych - efektywnego komunikowania się, wyrażania siebie w kontakcie z innymi, pracy w zespole, wymiany wiedzy i doświadczeń, rozwiązywania konfliktów. Nie sprawdza również oczywiście wiedzy dotyczącej świadomego rodzicielstwa czy znajomości prawa. 

Matura nie jest już także przepustką do lepszego świata. Właściwie nic nie gwarantuje. Może ułatwić dostanie się na wyższą uczelnię z czołówki rankingów - ale to nie jest przecież dzisiaj żadnym czynnikiem zapewniającym sukces. Chyba, że chodzi o wejście do środowiska osób podobnie stymulowanych i korzystanie ze zdobytych w ten sposób znajomości. 

Matura nie pomaga uczelniom w doborze kandydatów. Wręcz przeciwnie. Ten kto ma najwyższy wynik w standardowym teście niekoniecznie przecież wykazuje predyspozycje do studiowania specjalistycznego kierunku. Może być po prostu sprawnym rozwiązywaczem zuniformizowanych zadań. Mistrzem dopasowania do klucza. Czy jednak będzie dobrym studentem medycyny, prawa, informatyki czy psychologii? Dlaczego pozbawiać uczelnie prawa do przyjęcia kandydata, który pasuje do jej profilu studenta? 

Matura nie jest także jakimś poważnym rytuałem selekcyjnym - oddzielającym tych, którzy są w stanie podjąć edukację na poziomie wyższym od pozostałych. Jej wymogi są coraz niższe. Przeciętny absolwent szkoły średniej, wyposażony w certyfikat maturalny, po 3 miesiącach pamięta tylko niewielką cześć tego, czego się uczył, przygotowując do tego egzaminu (konstatacja ta wynika z moich licznych obserwacji). Wynika to z samej konstrukcji tego najważniejszego ze sprawdzianów. 

Matura zatem to kosztowny egzamin, który właściwie niczemu nie służy. Przeciwnie hamuje innowacyjne zmiany, zbliżające szkołę do wyzwań przyszłości. Blokuje wprowadzanie autorskich programów. Nauczyciele sfokusowani na dobrych wynikach (z których są rozliczani) podporządkowują proces nauczania przygotowaniu do egzaminu. Dlatego uczą tak, by uczniowie osiągnąć mogli dobry rezultat. Pod testy. Pod klucz. Na lekcjach przerabiane są arkusze z poprzednich lat. Ileż razy słyszałem: "to ciekawy pomysł, ale nie ma na to czasu bo my musimy przygotować uczniów do matury" albo "nie eksperymentujmy, bo moje dziecko nie zda egzaminu".. Tak jakby jej zdanie było celem samym w sobie...

Oczywiście jestem otwarty na kontrargumenty. Chętnie poczytam odpowiedzi na pytania: Po co jest matura - w obecnym kształcie? Na jakie potrzeby społeczne odpowiada? Z jakimi wyzwaniami przyszłości rezonuje?

Tomasz Tokarz



Wolny rynek i wymiana

Z mojej perspektywy kapitalizm nie równa się gospodarce wolnorynkowej. Trzeba wreszcie zaprzestać mieszania tych pojęć. Uważam się za antykapitalistę a jednocześnie wolnorynkowca (orędownika własności prywatnej i idei swobodnej wymiany dóbr). Kapitalizm to dla mnie etatystyczny system władzy klasowej którzy zapewnia kapitalistom (posiadaczom kapitału) przywileje podobne do tych, które posiadali właściciele ziemscy. Państwo jest w tym ujęciu nie tyle przeciwnikiem ile ochroniarzem oligarchii finansowej. Tymczasem wolny rynek to system w którym każdy człowiek posiada (szeroko rozumiane) środki produkcji i wymienia się z innymi produktami własnej pracy.

Nie przekonuje mnie neoliberalizm, z jego komasacją kapitału, dysproporcjami ekonomicznymi, jałowością i pustką ideową. Równie daleki jest mi jednak państwowy socjalizm, z jego maszyną biurokratyczną duszącą aktywność, centralizujący i uniformizujący obywateli. W sumie oba te modele są dla mnie stronami tej samej oligarchicznej monety.

Wierzę wciąż w potęgę świadomych działań jednostek, niepowtarzalnych indywiduów, mających wyjątkowe umiejętności i predyspozycje, poszukujących spełnienia i sensu, wymieniających się swobodnie dobrami z innymi jednostkami, wspierających się wzajemnie na drodze do wspólnego interesu. Jest w tym i Mises, i Erhard, i Abramowski, i Proudhon. Być może najlepszą nazwą dla tej eklektycznej doktryny byłby kooperatywizm albo mutualizm (Carson), godzący idee wolnego rynku z zasadą solidarności.

A państwo? W mojej utopii (eutopii) mogłoby działać jako coach - niedyrektywny organizator przestrzeni służącej rozwojowi obywateli, wspierający ich w realizacji osobowego potencjału i działaniu na rzecz innych...

Tomasz Tokarz